niedziela, 5 listopada 2017

Nowa Droga pokaz filmu w Krakowie

Serdecznie zapraszam wszystkich zainteresowanych tematyką Camino i resocjalizacji przez drogę do Krakowa.
Czas:  21 listopada w godzinach 18:30 - 20:30
Miejsce:  Camino Kraków Stolarska 3, Kraków
Link do wydarzenia:  https://www.facebook.com/events/328001427666846/




New Way is a documentary about ex-prisoner Michał, who is walking through Polish part of st. James Way with his guardian Jacek.

Film jest zapisem pielgrzymki, drogi w której brałem udział jako opiekun osoby która prosto z zakładu karnego, w ramach zwolnienia warunkowego ruszyła szlakiem św. Jakuba do Zgorzelca.

30 dni szliśmy we dwóch, szlakiem św. Jakuba z Lublina do Zgorzelca. Wsie i miasta, las, pole, asfalt. Kościoły i domy zwykłych ludzi. Historyk z doświadczeniem w pielgrzymowaniu i młody człowiek, który właśnie opuścił celę ZK w Lublinie.Dopiero z czasem podczas drogi zaczął się powoli zmieniać. Zobaczył naprawdę że są ludzie którym zależy na nim, bez względu na to co zrobił i kim jest. Po drodze spotykaliśmy naprawdę niesamowitych ludzi, którzy nas gościli albo zapraszali z drogi do siebie na coś do zjedzenia. Kiedy dowiadywali się że wyszedł właśnie z zakładu karnego, nie byli tym faktem przerażeni ani zdziwieni. Dzięki takim osobom spotkanym po drodze powoli zaczął się zmieniać.

Gdyby ktoś był zainteresowany  to chętnie zorganizuje pokaz filmu lub pokaz slajdów z wędrówki w ramach Nowej Drogi. Chętnie opowiem też o samym programie Nowa Droga. Możliwy dojazd na terenie całego kraju.
Kontakt 698 468 433 lub jacekstud@gmail.com

piątek, 23 września 2016

Nowa Droga na wariackich papierach

Nowa Droga na wariackich papierach

Po powrocie z Pomorskiej Drogi św. Jakuba długo nie zagrzałem miejsca w domu. Kolejna Nowa Droga w której biorę udział jako opiekun. Tym razem z braku funduszy nieco zmieniona. Cała trasa liczy tylko 350 km i muszę ją przejść ze swoim podopiecznym w ciagu dwóch tygodni.

Dzień 1 Dąbrowica - Wąwolnica 16 km

Jak zwykle na pierwszy dzień przewidziany jest niezbyt długi etap. Mój podopieczny, przyjechał z Wielkopolski, wyszedł właśnie z zakładu karnego. Przyjechał, w tym co miał na sobie. Więc dzień wcześniej robimy zakupy. Podstawowe wyposażenie pielgrzyma, plecak, śpiwór, kurtka, bielizna na zmianę. Trzeba było iść też wyrobić dowód osobisty którego nie posiadał.Idziemy pieszym czerwonym szlakiem, który w kolejnym dniu poprowadzi nas aż do Kazimierza.
Po drodze przechodzimy przez słynny park zdrojowy w Nałęczowie.
Uczę Młodego jak rozpoznawać znaki na szlaku, kiedy trzeba skręcać , kiedy musimy iść prosto. W końcu po całym dniu drogi załapał i jest to chyba mój sukces, tak może wydawać się to śmieszne ale nie jest. Okazało się że Młody kończył Specjalny Ośrodek Szkolno Wychowawczy, w dodatku tylko podstawówkę, być może gimnazjum pierwsze dwie klasy ale sam dokładnie nie jest tego pewien.
Zapewne ma lekkie upośledzenie. Siedział za posiadanie dopalaczy. Wielki sukces polskiego więziennictwa wsadzić upośledzonego człowieka , którego mózg zniszczony jest przez dopalacze do zakładu karnego. Drugi sukces polskiej myśli resocjalizacyjnej to wysłanie Go przez wychowawcę, człowieka zapewne po studiach na kierunku resocjalizacja w taką droge, w dodatku bez żadnych dokumentów i kontaku do rodziny. Kiedy Młody powinien co najmniej być skierowany na kilkumiesięczny odwyk i terapię w zamkniętym ośrodku. Jednym słowem mam przechlapane, a iść trzeba. Młody też ma przechlapane idzie w sumie mało co z tego rozumie.

Dzień 2 Wąwolnica - Kazimierz Dolny 18 km

Dziś idziemy do Kazimierza Dolnego. Dalej czerwonym szlakiem. Niby 18 km ale wleczemy się dość mocno. Młody szybciej nie da rady, mi w sumie też się nie spieszy. Dowiaduje się pierwszych historii o życiu Młodego. Większość z nich dotyczą ćpania, odlotu po dopalaczach. Przebija się też przez to wszystko alkoholizm ojca, który przepija rentę Młodego. Są niezbyt ciekawe wspomnienia z ośrodka specjalnego kolejne ucieczki, bicie przez kolegów, wszystko to są strzępy historii które muszę poukładać sobie sam. Zresztą nie do końca potwierdzone. W Kazimierzu Dolnym nocujemy na parafii. Jestem zaskoczony gościnnością proboszcza. Sam podaje nam pyszny obiad, jest nawet ciasto a rano mamy zaproszenie na śniadanie. Po obiedzie wybrałem się na miasto, oczywiście Młody razem ze mną. Kazimierz ładny ale bardzo komercyjny, nawet za wejście na punkt widokowy trzeba zapłacić. Wieczorem przed spaniem Młody zamyka się w łazience, dochodzą mnie dziwne dźwięki i odgłosy Młody  z kimś rozmawia lub mówi do siebie. Prawie jak by gadał przez komórkę której nie posiada. Prawie byłem skłonny uznać że ma gdzieś ukryty telefon.

Dzień 3  Kazimierz Dolny - Opole Lubelskie 24 km

Dziś dalej za szlakiem tym razem rowerowym niebieskim. Młody ma dalej zajęcie, bo śledzi znaki. Pozatym jest wesoło bo On dużo śpiewa, tak że słychać na całą okolice. Wiadomo pielgrzymi idą. Czasem spotkamy psa albo kota to Młody z nimi pogada. Gdy ma przebłyski normalności rozmawiamy całkiem poważnie. Dlaczego bierze udział w tym programie ?. Okazuje się że chce w końcu pokazać rodzinie że jednak się zmieni chociaż trochę na lepsze.  Dzięki temu chce zyskać ich akceptację i odrobinę miłości. Tego chyba nigdy za bardzo nie miał w życiu. Tego Mu potrzeba.
Po drodze spotykamy człowieka który  gada do siebie. Młody patrzy na Niego i mówi do mnie o patrz jaki wariat, gada sam do siebie. Z trudem powstrzymuje uśmiech, przecież Młody robi to samo. Jest wesoło nie powiem. Młody co chwile chciałby robić przystanki, ciężko Go zmobilizować do dalszej drogi. Odkrywam sposób, bardzo boi się kleszczy a idziemy przecież przez lasy. Dzięki temu nie zatrzymujemy się co kawałek. Dziś nocujemy u Basi, która ma duże doświadczenie w pracy z osobami uzależnionymi od narkotyków. Potwierdza moje przypuszczenia o silnym i szkodliwym wpływie dopalaczy na mózg Młodego.
Na obiad wymarzone schabowe o które modlimy się po drodze. Młody jednak nie bierze dokładki. Ma traumę z dzieciństwa, był bity przez ojca gdy brał w domu dokładki. Wieczorem Młody jak zwykle nie może wysiedzieć wychodzi i śpiewa dla okolicznych małolatów piosenki discopolo. Odnajduje się w tym i to Go cieszy. Przed spaniem jeszcze długo męczy Basie, która okazuje wprost anielską cierpliwość, swoimi opowieściami. Wykorzystuje to bezwstydnie, dzięki temu mam chwile odpoczynku tylko dla siebie.
















poniedziałek, 18 lipca 2016

w stronę Kaliningradu

dzień 5 Rybaczij - Zielenogradsk 32,3 km

"Ty jesteś Bogiem działającym cuda objawiłeś ludom swą potęgę (Ps 77,15 )

W nocy odkrywamy jeszcze że mamy lokatorów , na podłodze chroniony gatunek pająka i pełno szczypawic. Więc trzeba się trochę przesunąć na środek.Rano budzimy się i od razu słyszymy śpiew ptaków.
Dziś to już prawie ostatnie chwile na Mierzei Kurońskiej. Trzeba wykorzystać jeszcze ten czas więc chwile idziemy plażą.Jakoś mniej wieje niż po litewskiej stronie, więc idzie się bardzo dobrze. Niepokoi nas tylko to że idziemy do Zielenogradu, dość znanego kurortu. Niedaleko stąd do Kaliningradu, którego mieszkańcy upodobali sobie tutejsze plaże.
Po drodze chcieliśmy kupić coś do zjedzenia ale niestety za bardzo nie było gdzie. Darwina była na mnie zła bo chciała się zatrzymać blisko w restauracji blisko plaży, ale nie było tam nikogo więc stwierdziłem że pewnie drogo i jedzenie niedobre. Potem już nic nie było. Tak więc szliśmy prawie cały dzień bez jedzenia, nie licząc kilku batoników zbożowych.
Do Zielongradu dotarliśmy około 18. Nie było tu żadnego kościoła katolickiego więc poszliśmy pod cerkiew. Tam trwało sobotnie nabożeństwo i potem spowiedź. A koło cerki drażnił nas zapach grilla z sąsiedniego domu. Dlatego postanowiliśmy pójść z plecakami zobaczyć na miejską promenadę i rozejrzeć się po mieście.
Wróciliśmy po 2 godzinach. Z niepokojem czekaliśmy na batiuszkę czyli prawosławnego księdza, było już późno i ciężko było by szukać gdzie indziej noclegu. W końcu wyszedł, zobaczył nas, uśmiechnął się i powiedział że jest prawosławnym księdzem. Zainteresowała Go nasza pielgrzymka, byliśmy zdziwienie Jego reakcją.
Gdy zapytaliśmy Go o nocleg , powiedział że parafia nie ma plebani i salek ale coś wymyśli. Kazał nam trochę czekać a potem zaprowadził nas do hotelu. Znowu nasze modlitwy do Aniołów Stróżów zostały wysłuchane. Dostaliśmy fajny pokój z klimatyzacją, a jedyną zapłatą miała być nasza modlitwa podczas  jutrzejszej drogi. Naprawdę byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni postawą Jego postawą.

dzień 6  Zielenogradsk - Kaliningrad 33,6 km

"Chwalę Cię Panie, całym sercem, opowiadam wszystkie cudowne Twe dzieła. Cieszyć się będę i radować Tobą, psalm będę śpiewać na cześć Twego imienia, o Najwyższy. (Ps 9,2-3).

Rano zjedliśmy w hotelu bardzo dobre śniadanie a potem poszliśmy jeszcze do cerkwi. Tam spotkaliśmy bardzo ładną kobietę z dzieckiem , która okazała się być żoną księdza. Tak to całkiem normalna sprawa, bo prawosławni księża mogą mieć żony i wcale ich posługa nie jest przez to gorsza.  Zawołała jeszcze swojego męża który nas pobłogosławił na drogę i dostał od nas naszą taukę, z której bardzo się ucieszył.

Tego dnia była niedziela. Dlatego chcieliśmy jak najszybciej dojść do Kaliningradu, do parafii św. Wojciecha gdzie pracują księża z Polski aby zdążyć na Mszę św.
Tempo mieliśmy więc bardzo szybkie. Gdzieś po drodze poczuliśmy zapach jedzenia, było już po 13, więc postanowiliśmy wstąpić do przydrożnego baru z którego tak pachniało. Okazało się że na obiad przyjeżdża tu rosyjska milicja. Młoda dziewczyna przyjęła nasze zamówienie, ja poprosiłem o zimne piwo ale dowiedziałem  się że w karcie nie ma piwa. Chyba ze względu na to ze stołują się tu milicjanci to nie ma żadnego alkoholu. Jedzenie okazało się bardzo dobre i niedrogie. Dziewczyna gdy dowiedziała się że idziemy pieszo, to bardzo chciała mieć z nami fotkę. Dlatego  zrobiła sobie z nami selfie swoją komórką. Dostała też od nas krzyżyk który od razu nałożyła sobie na szyję.
Po drodze minęliśmy jeszcze duży wojskowy cmentarz z drugiej wojny światowej , przy którym można było zobaczyć czołgi. A potem jeszcze był współczesny zamek w którym znajdował się hotel.

Do Kaliningradu udało się dotrzeć wcześniej niż planowaliśmy około godziny 18. Zostaliśmy bardzo mile przyjęci przez wikariusza księdza Daniela a potem przez proboszcza księdza Jerzego. Nakarmili nas i napoili, następnie udaliśmy się na Mszę św. po rosyjsku. Po zakończeniu mieliśmy jeszcze krótkie świadectwo naszej drogi dla zebranych parafian, którzy po wysłuchaniu bili nam brawo.














czwartek, 14 lipca 2016

w Rosji

dzień 3 Juodkrante - Nida 30 km

"Spójrz na udrękę moją i na boleść i odpuść mi wszystkie grzechy " (Ps 25,18)

Spało się nam bardzo dobrze. Ale rano trzeba ruszać dalej bo przed nami kolejny dzień. Ku naszemu zdziwieniu wychodząc mamy nie zamykać drzwi a klucz położyć na stole. Z tego co mówiła nam nasza Pani rejon Mierzei Kurońskiej jest bardzo bezpieczny i ludzie często nie zamykają drzwi. Co nas jeszcze tu zaskakuje to zupełny brak śmieci , wszędzie bardzo czysto.
Pierwsze 15 km idziemy ścieżką rowerową. Spotykamy rowerzystów których pozdrawiamy. Litwini są jednak bardzo zachowawczym narodem, mało się uśmiechają i niechętnie nam odpowiadają. Za to obcokrajowcy całkiem inaczej uśmiechają się i często sami nas zagadują.
Idziemy przez Park Narodowy Mierzei Kurońskiej. Co jakiś czas spotykamy tablice objaśniające jakie ptaki i rośliny można tu spotkać. Wszędzie las, potem wydmy i już morze które cały czas nam przyjemnie szumi.
Pogoda tutaj zmienia się bardzo szybko, w jednym momencie robi się ciemno i jest obfity deszcz, zaraz potem wychodzi słońce.
Na jednym przystanku idę na krótką wycieczkę na ruchome wydmy. Czuje się  prawie jak na pustyni, bardzo mocno wieje i wszędzie duże ilości piasku.

Ostatnie 15 km decydujemy się iść plażą na której nie ma prawie nikogo. Tylko my morze i nasze myśli. Idzie się fajnie ale jednak dużo wolniej niż za drogą. Poza tym Darwina co chwile przystaje. Szuka bursztynu, o dziwo z pozytywnym skutkiem.
Nida to najbardziej znany kurort litewski trochę martwimy się o nocleg w tym mieście. Jak zwykle modlimy się do Aniołów Stróżów żeby poleciały i znalazły nam nocleg. Jak się  potem okazuje modlitwa była bardzo skuteczna.
Najpierw udajemy się do kościoła i pytamy księdza o możliwość noclegu ale mówi że nie ma u nich miejsca , każe czekać nam w kościele. Po chwili wraca z karteczką na której jest adres hotelu. Mamy się tam udać, powiedzieć że jesteśmy od Niego, wszystko już jest załatwione.
Pytamy jeszcze ile to będzie kosztować a Ksiądz mówi że wystarczy modlitwa podczas drogi. Fajnie, cieszymy się. Nasz hotel okazuje się być trzygwiazdkowy, nad samym zalewem a pokój kosztuje tu 100 EURO.
Wieczorem idziemy na spacer po Nidzie. Polecamy to miejsce, wszystkim którzy lubią cisze i spokój. Nie ma tu wszechobecnej komercji jak np. w polskich kurortach , brak budek z fastfoodem. Jest cisza i spokój , większość ludzi porusza się na rowerach. Co zaskakuje to od 22 do 6 rano nie można poruszać się tu samochodem.

dzień 4 Nida - Rybaczij 21,1 km

"Ja zaś zaufałem Twemu miłosierdziu; niech się cieszy me serce z Twojej pomocy, chcę śpiewać Panu, który obdarzył mnie dobrem. (Ps 13,6)

Wielki dzień bo dziś mamy przekroczyć granicę. Wielka niewiadoma dla nas bo pierwszy raz będziemy w Rosji.
Mieliśmy wyjść bardzo wcześnie ale jak tu nie skorzystać z hotelowego śniadania, które okazuje się być bardzo smaczne i obfite.Po śniadaniu jeszcze chwilę   odpoczywamy i w końcu trochę żal ale trzeba iść dalej.
Do granicy idziemy już za drogą. Mówią nam że nie da rady przejść granicy pieszo. Dziwi nas to bo rowerzyści mogą a rowery prowadzą i też idą pieszo. Nas celnik litewski pakuje do pierwszego samochodu. Okazuje się że to dwa samochody z Łotwy które przewożą Rosjan do Kaliningradu. Za kierownicą  pierwszego nienaganna blond piękność nie chce za bardzo nas przyjąć ale  nie ma wyjścia. Z drugiego samochodu wychodzi  Jej szef i mówi że mamy siadać.
Sytuacja trochę napięta ale jedziemy. Na środku strefy niczyjej pojawią się lis, którym nikt się tu nie przejmuje.Po rosyjskiej stronie aż 4 różne kontrole. wszystkich bardzo trzepią i sprawdzają . okazuje się że nas nie , nie obchodzi ich nawet to czy mamy ubezpieczenie. Niestety nigdzie nie ma kantoru więc zostajemy bez rubli. A tu na ostatniej kontroli nasza blondi mówi że trzeba zapłacić po 150 rubli od osoby, my nie mamy, zresztą my idziemy pieszo i liczymy że opłata nas nie obowiązuje, jednak w końcu  ulegamy i dajemy 5 euro.
Jedziemy jeszcze samochodem dość długi kawałek bo blondi mówi ze może się zatrzymać tylko na stacji benzynowej.

Pierwsze zetknięcie z Rosją na tej stacji jest bardzo zaskakujące , ubikacje bardzo czyste , sprzedawca miły i tak już będzie na każdym kroku. Całkiem inny obraz Rosji Rosjan pokazuja nam nasze media , bardzo jednostronny i nieprawdziwy.
Do wioski gdzie mamy mieć nocleg dochodzimy dość wcześnie. Obchodzimy całą żeby popytać ludzi o nocleg ale przy domach nikt się nie kręci. Postanawiamy w takim razie coś zjeśc i to był dobry pomysł. Za całkiem nieduże pieniądze mamy prawdziwą rybną ucztę. Po południu jeszcze raz szukamy czegoś na nocleg. Trafiamy do bazy naukowej ornitologów z Uniwersytetu w Sankt Petersburgu. Niby nie można nas tu przenocować bez zgody dyrektora którego już nie ma. Ale w końcu po cichu dostajemy salkę gdzie możemy spać na materacach. Mamy też do dyspozycji kuchnie i nawet hasło do bezprzewodowego internetu. Wieczorem wychodzę jeszcze do sklepu i na plaże. Wracając rozmawiam ze spotkanym małżeństwem. Bardzo mili i sympatyczni. Mieszkają w Kaliningradzie i często odwiedzają Polskę. Jak wszyscy mieszkający w obwodzie, robią u nas najczęściej codzienne zakupy.
Kiedy zasypiamy towarzyszy nam różnorodny  śpiew ptaków którymi zajmują się tutejsi naukowcy. Ta baza ornitologiczna okazuje się najstarszą tego typu placówką na świecie. Na obserwacje ptaków   przyjeżdżają tu ludzie z całego świata.



























poniedziałek, 11 lipca 2016

Pierwsze dni Pomorska Droga św. Jakuba Apostoła

dzien 1 Kretynga - Kłajpeda 25 km

"Prowadż mnie według Twojej prawdy i pouczaj, bo Ty jesteś Bóg, mój Zbawca, i w Tobie mam zawsze nadzieję (Ps 25,5)

Pomorska Droga św. Jakuba zaczyna się w Kretyndze na Litwie i stąd też postanowiliśmy z Darwiną wyruszyć na pielgrzymkę w intencji Światowych Dni Młodzieży i pokoju na świecie.Wszystko to zawierzamy Bożemu Miłosierdziu.
Do Kretyngi dojechaliśmy pociągiem z Wilna dzień przed naszym wyjściem , bardzo szybko i wygodnie, dawali nawet polskie soczki w pociągu. Od razu po dojechaniu udaliśmy się na poszukiwanie noclegu. Regułą już jest że nasze noclegi pielgrzymkowe nie organizujemy wcześniej tylko modlimy się do Aniołów Stróżów i posyłamy Ich żeby nam coś znalazły. Tym razem poszło bardzo szybko. Nocleg udało się znaleźć u sióstr franciszkanek. Dobrze trafiliśmy bo była siostra Włoszka która znała francuski i  była kilka lat na misjach  w Afryce. Zrobiliśmy nawet siostrom mały  pokaz zdjęć z naszych pielgrzymek.
Kretynga to jedno z najstarszych miast na Litwie, po raz pierwszy wymienione w dokumentach w 1253 roku. Jednak historia rozwoju miasta związana jest z Chodkiewiczami. W XVII wieku Jan Karol Chodkiewicz zwycięzca Szwedów spod Kircholma sprowadził na te tereny bernardynów. i założył tutaj osadę. która dostała prawa miejskie. W  XIX wieku tereny te wykupili Tyszkiewiczowie i ich pałac jak i park można podziwaić do dziś.
W Kretyndze warto zobaczyć kościół i klasztor bernardynów, jeden z najstarszych kościołów na Żmudzi posiada cechy późnogotyckie i renesansowe. Warto pójść też na stary cmentarz gdzie można zobaczyć sporo nagrobków z polskimi inskrypcjami.
Rano po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Szlak na Litwie nie jest oznakowany, więc zgodnie z zaleceniem naszego przewodnika trzymaliśmy się głównej drogi. Ale nie było tak źle zachwyciło nas litewskie niebo i fantazyjne chmury zawieszone bardzo nisko. Sama droga zleciała dość szybko, Chociaż  nie było łatwo, pielgrzymowanie z żoną nie należy do łatwych zadań jak by ktoś sobie wyobrażał. Po drodze musieliśmy koniecznie zboczyć trochę z drogi aby zobaczyć kościół na którym zależało Darwinie, na co zeszło nam prawie godzinę.  Ja znowu chciałem dojść jak najszybciej żeby zwiedzić Kłajpedę. Jednak  wyszło  całkiem inaczej. Musiałem uczyć się cierpliwości. Nie udało się znaleźć noclegu w pierwszym kościele , ksiądz powiedział że nie ma miejsca  i kazał szukać w innym. Za to po drodze zaczepiły nas dwie litewskie dziewczyny , słyszały coś o Camino, widziały nas jak szliśmy i dostaliśmy od nich prezent magnes na lodówkę z muszelką Camino. W  drugim kościele nie poszło początkowo lepiej wikariusz powiedział ze mamy czekać na proboszcza w kościele no i czekaliśmy ponad dwie godziny żeby dowiedzieć się że nic z tego. Za  to ogłosił na mszy św, że przyszli pielgrzymki i do swojego mieszkanka w  Kłajpedzie zabrała nas przemiła i sympatyczna Pani. Dzięki Niej mogliśmy jeszcze wieczorem udać się na wspólne zwiedzanie miasta.
Kłajpeda to główny port Litwy.Całkiem przyjemna mała starówka bardziej w stylu niemieckim, różni się od innych litewskich miast. Duża część budynków została zbudowana tu w technologi szkieletowej tzw. muru pruskiego.
Po drodze nasza Pani kupiła mi nawet piwo  Svetyrus, z największego browaru na Litwie który znajduje się niedaleko  miejsca naszego noclegu. Dopiero późnym wieczorem około 24 poszliśmy spać.

dzień 2 Kłajpeda - Juodkrante 20 km

"Wysławiamy Cię, Boże, wysławiamy, wzywamy Twego imienia, opowiadamy Twe cuda. (Ps 75,2 )

Miało być krótko i szybko ale wyszło prawie 30.Rano poszliśmy na prom aby dostać się na Mierzeje Kurońską który zawiózł nas tam gdzie nie trzeba więc  5 km musieliśmy dołożyć. Potem Darwina jeszcze kilka km dołożyła bo chciała dojść do miejsca gdzie początkowo mieliśmy przypłynąć.
Nie jest łatwo jak by ktoś myślał pielgrzymować z żoną trudno prawie jak na Nowej Drodze.Nasz przewodnik kazał nam iść jedyna główna drogą ale to stanowczo zły pomysł i od razu poszliśmy ścieżką dla rowerów.
Droga bardzo spokojna wszędzie  cisza słychać tylko szum morza którego jednak nie  widać, poza tym dość monotonna bo biegnie prawie cały czas przez las. Idziemy trochę też  wzdłuż plaży ale pogoda nie sprzyja, wieje bardzo silny wiatr i jest dość mocne zachmurzenie.
Po  południu w końcu dochodzimy do miasteczka gdzie mamy nocować. Tu jest problem bo kościół otwarty ale ksiądz tu tylko dojeżdża. Rodzi się  plan by nocować albo w kościele , albo w sąsiednich miejskich ubikacjach, niestety wszystko zamykają. Pytamy człowieka który zamyka kościół o nocleg ale On nic nie wie, On tu tylko zamyka. Idziemy więc szukać powoli czegoś innego gdy nagle zjawia się kobieta która już o nas wszystko wie. Okazuje się że to żona człowieka który zamykał kościół. Dostajemy u nich szybką kolacje , a nocleg mamy rewelacyjny w odremontowanej luksusowej willi. Darwina dostaje jeszcze profesjonalny masaż od naszej wybawczyni, bo boli Ja trochę noga.
O 21 z racji narodowego święta litewskiego poszliśmy na miejski plac śpiewać hymn razem z Litwinami. Potem jeszcze szybka przechadzką wzdłuż zalewu i do spania.
Samo miasteczko jest dość znanym kurortem. Dużo tu turystów, rejon ten słynie z pięknych i licznych okazów bursztynu. Zachowała się tu  XIX wieczna zabudowa budynków które pełnią dziś funkcje obiektów hotelowych i uzdrowiskowych.
Miejscowy kościół służy zarówno katolikom jak i luteranom, odywają się też w nim liczne koncerty.